Są takie momenty, kiedy człowiek jeszcze nigdzie nie odchodzi, a jednak już trochę go nie ma.

Pije tę samą kawę.
Otwiera rano ten sam komputer.
Za oknem świat wygląda mniej więcej tak samo.
A jednak coś się przesunęło.
Nie wiadomo nawet dokładnie kiedy.
Może któregoś ranka.
Może podczas zwyczajnej rozmowy.
Może wtedy, kiedy przez chwilę przyszła myśl:
chyba już nie muszę żyć dokładnie tak jak dotąd.
To dziwny rodzaj wolności.
Nie tej filmowej, kiedy człowiek trzaska drzwiami, kupuje bilet w jedną stronę i jedzie gdzieś, gdzie rosną palmy.
Bardziej cichej.
Takiej, która najpierw pojawia się wewnątrz.
Jeszcze niczego nie zmieniłeś, ale stary świat stracił swoją oczywistość.
Przez większość życia uczono nas, że pomiędzy jednym a drugim powinien istnieć plan.
Kończy się A.
Zaczyna się B.
Najlepiej z datą.
Jeszcze lepiej z tabelką.
Tymczasem życie czasem robi coś zupełnie innego.
Zabiera człowieka z jednego brzegu, ale nie pokazuje od razu drugiego.
I wtedy przez jakiś czas płyniemy.
Nie jest to szczególnie wygodne dla rozumu.
Rozum lubi wiedzieć.
Dokąd.
Na jak długo.
Po co.
A łódka ma inne pytanie:
czy jest wiatr?
Coraz bardziej podejrzewam, że niektóre okresy przejściowe nie są błędem w planie.
One są planem.
Być może człowiek potrzebuje czasem kilku tygodni albo kilku miesięcy, kiedy niczego nie musi jeszcze nazywać.
Kiedy może pracować trochę mniej.
Patrzeć trochę więcej.
Próbować.
Rezygnować.
Wracać.
Zmieniać zdanie.
Usiąść rano z kawą i nie wiedzieć jeszcze, gdzie będzie siedział z tą kawą za pół roku.
I może właśnie wtedy zaczyna słyszeć rzeczy, których wcześniej nie było słychać.
Nie dlatego, że świat zaczął mówić głośniej.
Tylko dlatego, że zrobiło się trochę ciszej.
Kiedyś uważałem, że najważniejsze decyzje podejmuje się głową.
Dzisiaj nie jestem już tego taki pewien.
Są rzeczy, przy których ciało jakby lekko się pochyla do przodu.
Człowiek zaczyna mówić szybciej.
Oczy robią się bardziej obecne.
Pojawia się ciekawość.
Nie obowiązek.
Nie rozsądek.
Nie „powinienem”.
Tylko zwykłe:
O… to może być interesujące.
I być może właśnie ten mały ruch jest jednym z najlepszych kompasów, jakie mamy.
Nie chcę więc teraz zbyt szybko urządzać przyszłości.
Nie chcę przybijać do pierwszego brzegu tylko dlatego, że brzeg dobrze wygląda na mapie.
Mam ochotę jeszcze trochę pobyć pomiędzy.
Zobaczyć, co mnie naprawdę zaciekawi.
Jacy ludzie.
Jakie miejsca.
Jakie zajęcia.
Przy czym zapomnę spojrzeć na zegarek.
A przy czym po godzinie będę już zmęczony, choć właściwie nic ciężkiego nie zrobiłem.
To są drobiazgi.
Ale może właśnie z takich drobiazgów życie wysyła swoje wiadomości.
Nie mam więc dziś wielkiego planu.
Mam łódkę.
Trochę światła.
Kawę.
Kilka pomysłów zapisanych gdzieś na marginesach.
I ciekawość, czy pojawi się wiatr.
Kiedyś pewnie uznałbym to za zbyt mało.
Dzisiaj myślę:
na jakiś czas to całkiem dużo.
