TURNING POINT — trzynasty krok
Dzisiaj jest 13 czerwca.
A ja lubię trzynastkę.
Wiem, że dla wielu ludzi trzynastka ma w sobie coś podejrzanego. Coś z przesądu, pecha, czarnego kota, pękniętego lustra i lepiej-nie-wychodź-z-domu. A dla mnie trzynastka ma raczej smak przejścia. Jakby świat na chwilę uchylał drzwi i mówił: „No dobrze, zobaczmy, czy naprawdę chcesz iść dalej”.
Nie wiem, czy to jest rozsądne. Ale Beautiful MADNESS nigdy nie miało być miejscem wyłącznie rozsądnym.
To blog o tej części życia, której nie da się do końca wytłumaczyć. O zadumie. O obrazach, które mówią więcej niż zdania. O tych dziwnych momentach, gdy człowiek siedzi z kawą albo patrzy na jezioro i nagle czuje, że coś się w nim przestawia. Niby nic się nie wydarzyło. A jednak coś już nie jest takie samo.
Dlatego ten obraz jest dla mnie ważny.
Bo on nie pokazuje człowieka, który wszystko wie. I całe szczęście.
Nie ufam zbytnio obrazom ludzi, którzy wiedzą wszystko. Wolę tych, którzy stoją na progu. Z jedną nogą jeszcze w znanym pokoju, a drugą już nad ścieżką, która prowadzi gdzieś dalej. Może do wioski. Może do marzenia. Może do samego siebie.
Na tym obrazie jest próg. I to chyba jest najważniejsze.
Z lewej strony mamy mój stary świat: notatki, mapy, kartki, szkice, kubek, świecę, dziennik podróży, jakieś zdania przypięte do ściany. Wszystko trochę niedokończone, trochę piękne, trochę chaotyczne. Czyli w sumie bardzo życiowe.
Bo przecież tak często wygląda prawdziwa droga. Nie jak idealna prezentacja. Raczej jak stół człowieka, który miał pięć pomysłów naraz, trzy z nich zaczął, dwa zgubił, jeden odłożył „na jutro”, a ten najważniejszy nagle znalazł pod stertą papierów.
I ja to znam.
Zaczynam wiele rzeczy. Blog, obrazy, stronę, Angel Tribe, kolejne wizje, jakieś kafelki do WordPressa, jakieś myśli, które przychodzą za szybko, by je od razu dobrze ułożyć. Czasem mam w sobie ekscytację, a zaraz potem pytanie: „No dobrze, ale jak to teraz ogarnąć?”. Bo dzień ma swoje ramy. Praca ma swoje ramy. Życie ma swoje ramy. A marzenia często zachowują się tak, jakby żadnych ram nie uznawały.
I może właśnie dlatego potrzebny jest Turning Point.
Nie jako wielka rewolucja. Nie jako dramatyczne zerwanie z przeszłością. Raczej jako pierwszy prawdziwy krok.
Na obrazie ten krok prowadzi po granatowo-złotej ścieżce. Bardzo to do mnie mówi. Granat to noc, tajemnica, niepewność. Złoto to sens, światło, coś cennego, czego jeszcze nie umiemy nazwać. Czyli dokładnie tak wygląda wiele dobrych decyzji: idziesz trochę po ciemku, ale coś pod stopami jednak świeci.
I może nie chodzi o to, żeby mieć pewność.
Może chodzi o to, żeby mieć zgodę na drogę.
W górze jest napis: TURNING POINT. Punkt zwrotny. Brzmi poważnie, ale ja bym nie robił z niego marmurowego pomnika. Punkt zwrotny czasem wygląda bardzo zwyczajnie. To może być dzień, w którym w końcu publikujesz pierwszy tekst. Albo dzień, w którym mówisz sobie: „Dobra, nie muszę wiedzieć wszystkiego. Zrobię jeden krok”. Albo dzień, w którym zamiast czekać na idealną wersję siebie, zaczynasz pracować z tą wersją, którą masz dziś.
Trochę rozczochraną.
Trochę zmęczoną.
Trochę wzruszoną.
Ale żywą.
Na obrazie jest też anioł. Nie na środku, nie jako efekt specjalny, nie jako postać z religijnej pocztówki. Raczej cichy towarzysz. Ktoś, kto nie popycha, nie wygłasza przemówienia, nie mówi: „Masz misję!”. Po prostu jest.
I ja bardzo lubię taki rodzaj obecności.
Może dlatego idea Angel Tribe wraca do mnie od lat. Nie jako projekt deweloperski, nie jako folder reklamowy, nie jako „zróbmy osiedle ludzi sukcesu”. Bardziej jako intuicja: że gdzieś głęboko człowiek tęskni za wspólnotą, w której nie trzeba grać roli. Za miejscem, gdzie jest ogień, stół, kawa, chleb, rozmowa i ktoś, kto zapyta nie z obowiązku: „Jak się naprawdę masz?”.
Na dole obrazu jest taka wioska. Domki rozrzucone wokół wspólnego środka. Prawie jak atom. Każdy osobno, ale jednak razem. Wolność i wspólnota. Dwa słowa, które w życiu często się kłócą, a przecież mogłyby zatańczyć.
Może Angel Tribe to jeszcze marzenie. Może bardziej symbol niż plan. Ale symbole mają tę dziwną właściwość, że czasem idą przed nami i robią miejsce temu, co dopiero ma nadejść.
W tym obrazie jest też kieliszek z truskawkami. I to jest piękny, mały sabotaż wobec całej powagi punktu zwrotnego.
Bo gdyby było tylko o górach, drodze, przeznaczeniu i wielkich decyzjach, zrobiłoby się zbyt pompatycznie. A tu nagle truskawki. Szampan albo woda, nie wiadomo. Smak. Chwila. Mała ambrozja współczesnego włóczęgi.
I chyba o to chodzi w Beautiful MADNESS.
Nie tylko iść.
Nie tylko tworzyć.
Nie tylko planować.
Ale też smakować.
Bo co z tego, że dojdziesz do swojego wymarzonego miejsca, jeśli po drodze nie zauważysz kawy, światła na ścianie, mgły nad jeziorem, czyjejś dobroci, dziwnego znaku, który akurat dziś miał być dla ciebie?
Wonder.yt — ta nazwa też nie jest przypadkowa. Wonder. Zachwyt. Zdziwienie. Umiejętność patrzenia tak, jakby świat jeszcze nie został do końca objaśniony.
A ja nie chcę świata objaśnionego do końca.
Chcę świata, w którym wciąż można znaleźć ukryte przejście. W starym notesie. W obrazie. W trzynastym dniu czerwca. W zdaniu zapisanym mimochodem. W blogu, który dopiero zaczyna mieć swój oddech.
Na obrazie są mapy. Ale najważniejsza mapa nie leży na stole. Ona jest gdzieś między sercem a krokiem.
Można mieć tysiąc notatek i nadal nie ruszyć.
Można mieć niedoskonałą stronę, niedopracowany plan, trochę chaosu w folderach i mimo to zacząć.
Można nie wiedzieć, jak dokładnie będzie wyglądał blog za rok, Angel Tribe za pięć lat, własna droga za dziesięć. I dobrze. Gdybyśmy wiedzieli wszystko, życie byłoby instrukcją obsługi. A ja chyba wolę dziennik podróży.
Taki trochę poplamiony kawą.
Z doklejonym zdjęciem.
Z cytatem, który nie wiadomo skąd się wziął.
Z błędem ortograficznym, który nagle okazuje się bardziej ludzki niż idealna kaligrafia.
Dlatego dzisiaj, 13 czerwca, chcę ten obraz potraktować jak znak.
Nie jako dowód, że wszystko będzie łatwe. Nie jako magiczną gwarancję. Raczej jako ciche przypomnienie:
Nie wszystko trzeba wiedzieć.
Czasem wystarczy zrobić pierwszy prawdziwy krok.
A potem drugi.
Może trochę krzywy.
Może po granatowo-złotej ścieżce.
Może z aniołem za plecami.
Może z truskawką w kieliszku i mapą, która jeszcze nie ma wszystkich nazw.
I właśnie w tym jest piękno.
Beautiful Madness.
Piękne szaleństwo człowieka, który wciąż wierzy, że świat ma sens — nawet jeśli ten sens czasem przychodzi przebrany za mgłę, starą kartkę, blogowy wpis albo trzynastkę w kalendarzu.
